Ekożycie -
Partnerstwo

Każdy, kto chciałby żyć z pisania, powinien w niedzielne poranki wsiadać do dowolnego, warszawskiego tramwaju. Ze stolicą trzeba randkować w weekendy, bo wtedy dopiero pokazuje swoje ciekawe oblicze. Uwierzcie mi, warto żyć dla takich chwil, jak ta!
W niedzielne południe, siedząc w sennym, warszawskim autobusie, nie miałam ochoty na przypadkowe small-talk. Nie tylko ja. Pasażerowie dookoła milczeli jak głazy. I byłoby tak spokojnie do końca podróży, gdyby nie to, że blondynka z fotela obok kichnęła.
"Sto lat!" - wymsknęło mi się.
"Dzięki... Niby chce się spać, ale zasnąć niełatwo, co? - dziewczyna szukała kontaktu.
I tu zaczęła się opowieść - nagle stałam się Teresą Torańską!
Młoda blondynka, kontynuowała monolog. Wyjaśniła mi, że właśnie wraca z Paryża. Pojechała tam autobusem, do jakiegoś chłopaka. "Znam go cztery dni. Wiem, może ci się to wydać głupie. Może mówmy sobie po imieniu, dobrze? Tak będzie łatwiej". Nie wiedziałam jeszcze, co miało być łatwe.
Chwilę później roztoczyła przed moimi oczami wizję swojego przyszłego szczęścia. I nie ma w tym, co piszę, żadnej ironii. Ona naprawdę była wesoła. Powiedziała, że zostawiła swojego pięcioletniego synka u dziadków, bo rodziców nie ma. Ma 24 lata. W wakacje wyjechała do Francji, żeby zarobić podczas winobrania. Była tam przez dwa miesiące, a ostatnie cztery dni tego pobytu były najszczęśliwszym czasem w jej życiu, bo poznała JEGO.
ON pochodzi z Maroko, jest Arabem, ma rodzinę w Indiach. Obiecał, że zabierze ją w każde z tych miejsc. Wszystkie informacje o nim były mgliste. Pojechała na tydzień, bo tamte cztery wakacyjne dni nie dawały jej spokoju. Chciała to sprawdzić, "uszczypnąć się w policzek".
I to jednak prawda. Była w Paryżu, z Nim. Zaproponował jej ślub. (To dziwne, ale nie mówiła niczego o oświadczynach, o romantyzmie). W moim odczuciu zabrzmiało to trochę jak - "Zawarliśmy kontrakt". Mówiła dalej: "Zgodził się, żebyśmy wzięli ślub w obrządku katolickim, ale ja nie chciałam. Wiesz... Niby nie mam do niego zaufania, ale urzekła mnie jego szczerość - powiedział mi tylko, że jeśli będziemy mieli syna, to musi zostać muzułmaninem, bo u nich siedmiolatka poddaje się obrzezaniu. Ja to rozumiem. A teraz wracam do domu, żeby się przygotować. To jest jak bajka, co?”
Jak jest Wasza reakcja na tę opowieść? W jej oczach było światło, Cieszyła się, naprawdę. Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Dodała: „Ja nie miałam szans na studia. Byłam w ostatniej klasie szkoły zawodowej, kiedy urodziłam synka. Teraz podjęłam szkołę na nowo, ale pojawił się ON, więc rzuciłam ją znowu". Pomiędzy jej słowa wcisnęłam tylko "Jesteś bardzo odważna" i "uważaj". Moja gadatliwość gdzieś przepadła! Całe przerażenie i fascynacja światem muzułmańskim usunęły się w cień - zapomniałam! Kiedy opowiedziałam historię domownikom , zaczęli krzyczeć: "Dlaczego nie powiedziałaś jej, że dostanie kwef, że kiedy mąż mówi „nie kocham Cię” trzy razy, to jest to równoznaczne z rozwodem, że kobieta musi wtedy opuścić dom tylko w tym, co ma na sobie (stąd nieziemskie ilości złota, które noszą pod ciemnymi szatami muzułmanki)?" Wszystkie te newsy wyparowały mi z głowy, kiedy patrzyłam na uśmiech tej dziewczyny, która powtarzała: "Sama w to nie wierzę. To jest jak film - wezmę ślub w Casablance..."
Pożegnałam się z nią szepcząc szczere „Powodzenia”. Do drzwi autobusu odprowadził mnie uśmiech wdzięczności za to, że słuchałam. Na plecach czułam spojrzenia pasażerów, którzy chyba też czuli się jak w filmie…
Magdalena Wilk
Dodaj komentarz