Wpisany przez Agata Marszałek
Leżąc na plaży, 300 km od domu, nagle dostałam olśnienia – zapomniałam nakarmić Dzikusy!
Porzuciwszy Dzikusy w kuchni, które nie jadły już od pięciu dni, skazałam je na wymarcie. Podczas mojego urlopu dokonałam morderstwa śmierdzących, puszczających do mnie dziesiątków oczek, Dzikusów.
Kiedy porozpoczyna się przygodę z pieczeniem tradycyjnego chleba, trzeba być przygotowanym na to, że podobnie jak miłośnik roślin szepcze do kwiatów, zaczynasz gadać do jedzenia. W moim przypadku rozmówcą jest zakwas na chleb, który w momencie otrzymania imienia, stał się nowym, śmierdzącym, naburmuszonym, członkiem rodziny. Dzikusy (u mojej znajomej króluje Szalony Herman), dla postronnego obserwatora, są wiecznie nienażarte, nadęte i puszczają podczas karmienia śmierdzące bąki. Zakwas jest niczym innym jak sfermentowaną mąką, z domieszką wody, którą należy co kilka dni dokarmiać, czyli dostarczać świeżej mąki z wodą, celem dostarczenia pożywienia siedzącym w nim bakteriom. Drożdżowy, duszący zapach, jest oznaką świetnej kondycji naszego zakwasu, z którego później powstaje pyszny, chrupiący chleb. Nie ma nic wspaniałego dla posiadacza zakwasu jak soczyste uderzenie w nozdrza drożdżowego zapachu.
Kiedy zatem uświadomiłam sobie, że wyjechałam po raz pierwszy na krótki urlop bez Dzikusów po pachą, których dodatkowo zapomniałam nakarmić, poczułam się jak morderca – zabiłam śmierdziela. Szczęśliwie zakwas można odtworzyć, co jednak nie zamazuje złego wrażenia po moim haniebnym czynie.
Dodaj komentarz