
Otwierają się rzadko. Może raz na rok. Zaczynają działać intensywnie. Łzowe katharsis to chyba coś związanego z hormonami.
Myślę, że w każdej z nas istnieją pokłady smutków i żalu, które codziennie przysypujemy nową warstewką wytrzymałości i opanowania. Czy to dobre wyjście? Nie chcemy pokazywać własnej słabości. Niektóre z nas nawet nie potrafią uchylić rąbka tajemnicy swojego wnętrza. Kiedy bilans wypada negatywnie, a "pasjans wychodzi wciąż na nie", otwieram w sobie ostatnią furtkę - oczyszczenie. I łzy zaczynają się lać - z nieznanych przyczyn - ciurkiem. Mimo że ubrania chłoną kałuże łez, a góra chusteczek przysypuje mnie coraz bardziej, czuję się lżejsza. Dochodzę nawet do wniosku, że nie jest tak źle. Wylewam ze łzami to, co tkwiło gdzieś na dnie mojego serca, a pozostawało nieuświadomione. Zaskakujące, ile łez można wylać za jednym razem. To chyba nawet zdrowe rozwiązanie - nie można tak kumulować wody w organizmie, to może być baarrrdzo niezdrowe!
Myślę, że każdy ma potencjał do bycia istotą płaczącą. Tylko potrzebny jest odpowiedni bodziec, żeby go uaktywnić. Niestety, najczęściej dopiero wielkie nieszczęście pomaga otworzyć się i wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje oraz ukryte w zakątkach mózgu niepowodzenia czy smutki. Czasami już błahostka sprawia, że pęka skorupa opanowania i łzy wypływają z nas jak lawa. To pomaga - odblokowuje. "Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna". Jeśli pozwolimy odejść temu, co w nas złe i zahamowane, opuchniętym oczom ukaże się zupełnie nowa perspektywa - światełko w kanaliku łzowym. Niech świeci jak najdłużej, do następnej powodzi (za rok? - może nie).
|
Problem skórny - ku...
Spróbuj bo naprawdę warto na pewno już się namęczył...
O akcji
Czysta prawda..... niestety
Problem skórny - ku...